Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przesłuchane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przesłuchane. Pokaż wszystkie posty

9.12.10

Paula i Karol - Overshare (2010), czyli Żoliborz vs. Ontario



Paula i Karol mają płytę. Taką z zespołem. Większość utworów znałem już z koncertów, ale części nie poznałem. Może jestem jakiś zamroczony, ale na przykład Goodnight Warsaw zajarzyłem dopiero pod koniec. Chcę przez to napisać, że aranżacje zaskakują. I teraz pora odetchnąć z ulgą - zaskakują pozytywnie. Nie mówiłem im tego wcześniej, ale bałem się płyty w większym składzie. Urzekli mnie kiedyś grając we dwójkę, prosto, bez kombinowania i dlatego miałem jakiś nieokreślony bliżej niepokój przed odtworzeniem krążka. Ale stało się i dobrze się stało. Płyta fajnie brzmi, brudy koncertowe zostały godnie zastąpione przez smaczki aranżacyjne, nie zniknął spontan, szczerość, radość grania. Jestem przekonany, że gdyby ten album ukazał się 80 lat temu, to i Buster Keaton by się uśmiechnął.




A teraz skończę, bo wzruszenie odbiera mi głos. Oto moje pierwsze kredyty na płycie...

1.5.10

Historia najwyższego człowieka na ziemi w minipigułce



↑ foto
: Chris La Putt


Śpiewa i gra jak rodowity Amerykanin. Nie mylić z rdzennym. A przecież nazwisko – Kristian Mattsson* dość precyzyjnie zdradza jego pochodzenie. Szwed (lat około 27). The Tallest Man on Earth.


Kalendarium:

2006 - Ukazuje się EPka zatytułowana po prostu The Tallest Man on Earth, a na niej 5 kawałków, które brzmią jak nagrane na starym kaseciaku Grundiga. Wszyscy mówią – toż to Nowy Dylan. Tylko że młodszy i lepiej śpiewa.




2008 - Jest w końcu debiutancki album – Shallow Grave. Brzmienie podobnie jak na EPce – domowa manufaktura. Kristian rusza w trasę po Stanach z Justinem Vernonem (Bon Iver). Obaj mieszkają na zadupiu, więc świetnie się dogadują i uzupełniają na koncertach.




2009 - Kolejna trasa po Stanach, tym razem z Johnem Vanderslicem. Ale nie tylko supporty wchodzą w grę. TTMOE gra też własne koncerty, i znów, głównie w USA. Lubią go tam chyba. Na jednym z koncertów byłem.




2010 - Druga płyta – The Wild Hunt. Sam jeszcze nie wiem, ale chyba lepsza od debiutu. I ja bym prosił, żeby już dać spokój z Dylanem i przestać obu panów porównywać. Tą płytą TTMOE potwierdza, że nie jest niczyją kopią. A że szufladka "folk" jest ciasna, to chyba nie jego wina. Jak mnie wena weźmie, to może jeszcze o samej płycie coś skrobnę.




Kristian jest właśnie w trasie po Stanach, a w wakacje zjeżdża do Europy i w sierpniu The Tallest Man on Earth wystąpi na Off Festivalu w Katowicach. Iha!

Bohater dzisiejszego odcinka ma (miau?) też zespół, który zwie się Montezumas. Ale to już zupełnie inna para mokasynów.




*różne pisownie nazwiska można spotkać - Matsson, Mattson, Mattsson. Przyjąłem tę z majspejsa Montezumas. Postaram się rzucić okiem na paszport kolesia w sierpniu.

2.3.10

Sade - Soldier of Love (2010) / Beverley Craven - Close to Home (2009), czyli Na zachodzie bez zmian



A teraz, kto się zacznie śmiać, ten dostanie w ryj...

Miło jest wiedzieć, że są na tym świecie rzeczy stałe, niezmienne. Tak jest z bardzo znaną Sade i mniej znaną, bo stojącą jednym hitem (Promise Me) Beverley Craven. Od obu nie oczekuje się wielkich wolt stylistycznych, potoku pomysłów aranżacyjnych, eksperymentalnych kompozycji. Są niczym wzorzec metra w Sèvres - zawsze takie same. Bo metr to metr i nie ma dyskusji. Dla jednych nuda, dla innych złoty środek.

Obie panie miały 10-letnią przerwę w nagrywaniu, z tą różnicą, że na Sade Sony Music czekało, a z Beverley się pożegnało. Stąd o nowej płycie Sade głośno ostatnio (założę się, że w tym roku odwiedzi Polskę), a o płycie Beverley nie słyszał nikt (w końcu nie jest to Kate Bush, której samo wyjście z domu jest wielkim wydarzeniem na Wyspach). Soldier of Love jest do kupienia w każdym, niekoniecznie dobrym sklepie muzycznym, a Bev sprzedaje swój album Close to Home przez własną stronę. Dość różnic. Obie płyty są tak samo dobre/złe*, jak poprzednie. Bo ładne piosenki zawsze będą tylko ładnymi piosenkami.

Zresztą posłuchajcie sobie singli. Spodoba się - można brać się za płyty, nie spodoba się - trzymać się od albumów z daleka:
Sade - Soldier of Love (teledysk zrobiła Sophie Muller)
Beverley Craven - Rainbows (dla mnie kawałek równie przebojowy jak cały debiut Miki, tylko że Mika jest dwudziestokilkulatkiem, za którym piszczą nastolatki, a Bev o dwadzieścia lat starszą kobietą, której pewnie piszczy w stawach).

*niepotrzebne skreślić

18.2.10

Beach House - Teen Dream (2010), czyli Moja teoria spiskowa



Traklista:

1. Zebra
2. Silver Soul
3. Norway
4. Walk in the Park
5. Used to Be
6. Lover of Mine
7. Better Times
8. 10 Mile Stereo
9. Real Love
10. Take Care




NIE WIERZCIE HAJPOWI!

No bo jak tu wierzyć Arturowi Rojkowi, gdy pisze dla Onetu: "Tak pięknie nie gra dzisiaj nikt. Trzecia płyta w dorobku Beach House jest albumem złożonym, wybitnie przemyślanym, w stu procentach trafionym, oryginalnym i przebojowym. To jest po prostu tak dobre, że można wątpić, by mogło się jeszcze ukazać coś równie interesującego, chociaż mamy dopiero początek roku". Tia. Wszak każde dziecko domyśli się, że zaklepał zespół na Off (oby - przyp. red.) i próbuje coś ugrać. I pewnie niby przypadkiem okaże się, że koncert będzie w kościele, bo właśnie w kościele płytę nagrano. Na szczęście nie tak trudno Was rozgryźć, Rojek!

Jak tu wierzyć zastępom blogerów, forumersów i innych z pewnością podstawionych i sowicie opłaconych skrobiących notki w sieci osób, co tracą rozum i nie potrafią obejść się bez używania w kółko słów: piękno, ideał, bajka. Przecież na kilometr czuć zmowę - żeby tylko przykryć nową płytę Owena Palletta z konkurencyjnej wytwórni.

A już na pewno nie wierzcie mi, bo wiadomo przecież, że skoro w moim ulubionym numerze ubiegłego roku (Two Weeks Grizzly Bear) gościnnie wystąpiła wokalistka Beach House (Victoria Legrand - wiadomo, z tych Legrandów), to będę teraz udowadniał, jak to jest na fali i jak to ja lubię takie przeplatanie się artystów na płytach wybitnych.

Nie wierzcie nikomu.

10.2.10

Blair - Die Young (2010), czyli Song creata, singa, guitara, keysies



Traklista:

1. Rampage
2. Hearts
3. Kamikaze
4. My Turn
5. Hello Halo
6. Paris France
7. Murder
8. Wolfboy
9. Wake Up Shake Up
10. Candy in the Kitchen
11. Die Young
12. So That’s It


Wśród różnych zestawień prestiżowej prasy i serwisów muzycznych najbardziej obiecujących nazwisk na rok 2010, nie znalazłem żadnego, w którym byłaby Blair. Dlatego wolę blogerów. Żeby nie dostać w ryj, gdy już kiedyś spotkam się z nią na którymś z polskich festiwali, nie zacznę od zdania "25-letnia Blair pochodzi z Nowego Orleanu, a obecnie mieszka w Brooklynie". W zamian zacytuję kilka danych statystycznych (z wywiadu Aquarium Drunkard):

- Do you ever get sick of people feeling the need to say, “The 25 year old Blair…”
- (...) I guess people just need things to write about.

- Considering that you have been playing so long, when did you realize that you had a knack for singing as well as playing?
- I first started playing guitar when I was 10, on my uncle’s guitar, so I liked that. I took lessons. I learned how to play bar cords. Then I learned Nirvana and quit lessons, like, “Why do I need anyone else?” I didn’t realize I could sing, I didn’t know I had a good voice, just some people told me a I did. I guess at 15 I started making those two things together, and songs seemed to form… It was a synthesis of whatever the art-form of pop songs are. I love pop music and it’s really all I listen to, that’s probably why it came out of.

Jaka to płyta? Prosta. Przywołuje klimaty Cat Power (Rampage), Camera Obscura (Paris France), Asobi Seksu (Kamikaze) i ........... (wstaw sobie cokolwiek tej półki, bo każdemu przypomina się coś innego). Wszystko, co lubię na jednej płycie. Blair ma taką barwę głosu, że spokojnie pasowałaby do któregoś z twee bandów z Glasgow. Mimo to brzmi jednak świeżo i ma szansę w tym roku być dla popu tym, czym Micachu była w roku ubiegłym.

Poniżej próbka - cudownie absurdalny kawałek Hello Halo.

4.11.09

Pustki na Offie, Pustki na płycie


↑ foto: Filip Styliński


Koncert Pustek na Offie był krótki - od tego zacznijmy. Za krótki. Takie reguły festiwali. Moje zdania będą więc też krótkie. Proste będą. Koncert dobry. Zapraszam do odsłuchu.


Setlista:

1. Żałobniki wynocha
2. Wesoły jestem
3. Nic do powiedzenia
4. Koniec kryzysu
5. Pomyłka
6. Czerwona fala
7. Wiersz o szukaniu
8. Parzydełko
9. Słabość chwilowa


Koncert do ściągnięcia stąd (download):
Pustki Live at Off Festival, Mysłowice, Poland (7 Aug 2009)
mp3, 224kbps, 75,4MB
hasło (pass): hennwill
lossless version@dime


Przykazania:
Zajrzyj na stronę i majspejs Pustek.
Kup oryginalną płytę.
Dziel się koncertem, ale nie wrzucaj go na inne serwery.
Nigdy, przenigdy nie pomyśl nawet o sprzedawaniu tego koncertu.



Trochę więcej słów będzie o nowej płycie Pustek, zatytułowanej Kalambury.

Traklista:

1. Trawa
2. Kalambury
3. Znój
4. Wiedza
5. Dłoń zanurzasz we śnie
6. Przekwitanie
7. Nieodwaga
8. Wesoły jestem
9. Jakżeż ja się uspokoję
10. Wiersz o szukaniu
11. Pożałuj mnie!
12. Notes


Zespołowi udało się zaangażować naprawdę wybitne grono doświadczonych tekściarzy: Wyspiański, Leśmian, Tuwim, Gajcy, Słonimski, Wawiłow... Jest też debiutant - Łukasiewicz. Poezja śpiewana, ale taka bez zadęcia, egzaltacji czy obciachu. Na swój Pustkowy sposób zespół mierzy się z wierszami mistrzów. Trawę znaliśmy wcześniej w wersji rozlazłej ze śpiewników ZHP, Pustki popychają rytmiczny sam w sobie tekst Tuwima w stronę transu. W moim ulubionym na płycie Notesie, poruszający wiersz Słonimskiego tak silnie wiąże się z kompozycją Basi Wrońskiej i Radka Łukasiewicza, iż mógłbym uwierzyć, że poeta pisał tekst do muzyki. Świetnie pasuje też tu Nosowska. Ma głos o większym dole w porównaniu z głosem Basi, co okazuje się w tym wypadku atutem piosenki. Z kolei Basia w Jakżeż ja się uspokoję swoją melancholią hipnotyzuje. W jej wykonaniu równie magicznie wypada dla mnie chyba jedynie Pies Ballad i romansów. Gościnnie obok Kasi Nosowskiej na płycie zaśpiewał Artur Rojek. Dostał mu się w przydziale tekst Radka Łukasiewicza Nieodwaga w parze z jedną z najciekawszych na płycie kompozycji. Rojek swoim wykonaniem to kolejny mocny punkt albumu. Zresztą całej płyty słucha się świetnie. Nie przyzwyczaję się tylko do Wiersza o szukaniu. Rozumiem, że zmiany w tekście były konieczne, by wyszła z tego piosenka, ale cóż - to już nie jest Gajcy i mam z tym problem.

Na koniec Wujek Dobra Rada: Nie szukaj tej płyty w dziale muzycznym Empiku, bo jak ja stracisz czas i nerwy. Wal do działu prasowego.

23.9.09

Imogen Heap - Ellipse (2009), czyli Jedna jaskółka wiosny nie czyni

Traklista:

1. First Train Home
2. Wait It Out
3. Earth
4. Little Bird
5. Swoon
6. Tidal
7. Between Sheets
8. 2-1
9. Bad Body Double
10. Aha!
11. The Fire
12. Canvas
13. Half Life


To nie jest zła płyta. Ale nie jest też dobra. Wszystkie, no prawie wszystkie kompozycje są przeciętne. Imogen Heap nie zaskakuje na nowym albumie niczym. Te piosenki już słyszałem na Speak for Youself, tylko w lepszych wersjach. Produkcyjne patenty też te same. Otwierający płytę First Train Home to nowe Headlock, Wait It Out to nowe Just for Now... Szkoda, bo odnoszę przez to wrażenie, że bardzo kreatywna i utalentowana osoba zastygła w miejscu i nawet nie próbuje się wiercić.



Jest jeden utwór, który się wyróżnia. To Little Bird. Od stuleci wiadomo, że w kategorii ładnych piosenek da się pisać tylko kolejne ładne piosenki. Jest to bardzo klarowna szufladka. Ale przez to trudna, bo łatwo o szmirę. Imogen się obroniła. Zarówno kompozycją, jak i wykonaniem i produkcją udowadnia, że nie jest wypalona. Tak więc ja nie stawiam na niej krzyżyka. Chętnie dam się jeszcze czymś zaskoczyć.

Wklejam jeszcze remiks Little Bird autorstwa Royal Sapien, bo mocno mi się ta wersja podoba:

  Imogen Heap - Little Bird (Royal Sapien Remix)  by  royalsapien

10.9.09

Prefab Sprout - Let's Change the World With Music (2009), czyli Ostatni z wielkich romantyków

Traklista:

1. Let There Be Music
2. Ride
3. I Love Music
4. God Watch Over You
5. Music Is a Princess
6. Earth, the Story So Far
7. Last of the Great Romantics
8. Falling In Love
9. Sweet Gospel Music
10. Meet the New Mozart
11. Angel of Love


Czy słyszeliście już w tym roku jakiś dziesiątkowy (10/10) album? To posłuchajcie...

Paddy McAloon nie grzeszy skromnością. Kiedyś powiedział, że jest prawdopodobnie najlepszym songwriterem na świecie. Nie ma co się teraz spierać o to, kto jest naj, ale z pewnością dobry jest skurczybyk. W latach osiemdziesiątych wykrawał po 5-6 singli z płyt Prefab Sprout. Lepszy był chyba tylko Michael.

Od 8 lat zespół milczał. Do dziś, bo właśnie ukazał się nowy, choć nie całkiem, album Let's Change the World With Music. Nie całkiem, bo napisany i w formie demo nagrany był już w 1992 roku. Miał być kontynuacją Jordan: The Comeback. Płyta nie wyszła, bo parę rzeczy nie podobało się wydawcy, a Paddy nie miał zamiaru odpuszczać. Dopiero teraz, po powrocie do Sony'ego, udało się odkurzyć "zaginione" piosenki (nie wszystkie całkiem zaginione, bo parę zostało przez autora podarowanych innym artystom).

Jeśli ktoś kojarzy Faron Young i The King of Rock 'N' Roll czy katowane przez dawną Trójkę Jesse James Bolero i Carnival 2000 i są to miłe skojarzenia, to ta płyta powinna - wróć - musi mu się spodobać. To muzyka z rodzaju tych, o których trudno się pisze (znaczy ja nie umiem) - same banały się nasuwają: piękne harmonie, mistrzowskie teksty, trafiony klimat słodko-gorzki z idealnie wyważoną domieszką patosu. Detopofdepop.

26.7.09

Speech Debelle - Speech Therapy (2009), czyli Córeczka tatusia kąsa

Traklista:

1. Searching
2. The Key
3. Better Days
4. Spinnin'
5. Go Then, Bye
6. Daddy's Little Girl
7. Bad Boy
8. Wheels in Motion
9. Live and Learn
10. Working Weak
11. Buddy Love
12. Finish This Album
13. Speech Therapy


Była bezdomna, żyła na ulicy, a teraz jej debiutancki album jest nominowany do prestiżowej brytyjskiej nagrody muzycznej Mercury Prize. Historia prawie jak z holiłódzkiego filmu. Dziś w Rozmowach w toku spotkanie z 26-letnią Corynne Elliot, znaną jako Speech Debelle. Ewa Drzyzga na urlopie, więc w zastępstwie program poprowadzi Henryś.

W sumie tak to się teraz odbywa na Wyspach. Speech Debelle trafia na okładki kolorowych gazet, piszą o niej w poważnych dziennikach. Jeszcze miesiąc temu cieszyła się zainteresowaniem niszowych serwisów muzycznych, a teraz jej życiorys (bo przecież nie muzyka) zainteresował masy. Artystka jest jak najbardziej godna tego zainteresowania, ale z muzycznych powodów. Określana przez czerstwą prasę jako Roots Manuva w spódnicy, porównywana do Mike'a Skinnera, ma swój przekaz. Bo, co powinienem był pewnie napisać we wstępie, czyni nawijki czy też robi w hip hopie.

Potrafię oddzielić podmiot liryczny od autora, ale wypadku tekstów Corynne za dużo jest wątków autobiograficznych, by to czynić. Słychać historię wychowywanej przez samotną matkę dziewczyny, z problemami w szkole, uciekającą z domu. W muzyce ślady jazzu, hip hop z gatunku tych wypolerowanych, ale nie plastikowych - wszystko jest żywe. W Better Days udziela się Micachu, w Wheels in Motion - Roots Manuva. Ale nie jest to przypadek podpierania się modnymi lub znanymi nazwiskami. Speech Debelle świetnie broni się sama, o czym proponuję przekonać się, naciskając play w poniższym Jutubie.



Speech Debelle wystąpi za miesiąc w Katowicach na festiwalu Nowa Muzyka. Zgodziła się na rejestrację koncertu, więc jeśli wszystko dobrze pójdzie, to całość będzie potem do odsłuchania tutaj.

25.7.09

Regina Spektor - Far (2009), czyli Daleko od nudy

Traklista:

1. The Calculation
2. Eet
3. Blue Lips
4. Folding Chair
5. Machine
6. Laughing With
7. Human of the Year
8. Two Birds
9. Dance Anthem of the 80s
10. Genius Next Door
11. Wallet
12. One More Time With Feeling
13. Man of a Thousand Faces

Jak to możliwe, że jeszcze nie napisałem o najczęściej ujeżdżanej przeze mnie ostatnio płycie? Można to tłumaczyć tylko upałami i lekkim przemęczeniem...

Lubię, gdy słuchana przeze mnie w danym okresie muzyka tworzy pętle. Na nowej płycie Reginy Spektor jest cytat z Davida Byrne'a (fragmenty instalacji Playing the Building w Machine), jest gitara Jeffa Lynne'a (ELO), jest perkusja Matta Chamberlaina (tego z The New Bohemians i płyt Tori Amos na przykład). Jak zwykle potwierdza się, jaki ten świat jest mały.

Regina Spektor w Polsce może mieć trudności z powszechnym zaistnieniem. Nie dość, że Rosjanka, to jeszcze Żydówka. Trochę ją ratuje to, że mieszka w Nowym Jorku. Ostatnio notka o Far na Onecie, w komentarzach zawierała prawie wyłącznie epitety dotyczące pochodzenia. A może muzyki by tak posłuchać?

Far na pierwszy rzut ucha wydaje się najłatwiejszą płytą Reginy. Najbardziej popową, trochę takim przedłużeniem początku Begin to Hope. Jak zwykle mocną stroną są teksty i odniesienia do klasyki. Nieraz mam wrażenie, że Regina ma w małym paluszku wszystkie fortepianowe utwory świata. Nieraz też słuchając jakiegoś klasycznego utworu łapię się na myśleniu, że Regina coś z niego sobie pożyczyła. Tym razem poza klasyczną klasyką słyszę też echa Beatlesów w Two Birds czy ELO (no bo Lynne produkował) w Blue Lips.

Na płycie dostajemy urocze historyjki, takie jak Wallet, o znalezionym portfelu, a tuż obok skomplikowane opowieści, takie jak Genius Next Door, niemożliwe do jednoznacznej interpretacji. Regina raz bawi się głosem, udając delfina (Folding Chair), a innym razem świetnie naśladuje maszynę (Machine). Wszystko to wydaje się przychodzić jej łatwo - te dźwięki musiały się znaleźć dokładnie w tym, a nie innym miejscu.

Więc jeśli Regina Spektor ma zdobyć należną jej, bo zasłużoną sławę, to powinno stać się to właśnie teraz.

16.5.09

Gaba Kulka - Hat, Rabbit (2009) vs. Tori Amos - Abnormally Attracted to Sin (2009), czyli Porównania są bez sensu

Gaba Kulka - Hat, Rabbit (2009)

Traklista:
1. Hat, Meet Rabbit
2. Heard the Light
3. Aaa...
4. Niejasności
5. Love Me
6. Challenger
7. Emily
8. Kara Niny
9. Lady Celeste
10. Propaganda
11. Bosso
12. Słuchaj
13. Over


Te ciągłe porównania z Tori Amos muszą być męczące, ale są nieuniknione. Słuchając nowej płyty Gaby Kulki często ma się wrażenie, że zna ona twórczość Tori na wylot. Nawet, jeśli tak nie jest, to wrażenie pozostaje...

Nie znam wcześniejszych płyt Gaby, więc nie jestem w stanie się odnieść do historii. Odniosę się tylko do tego, co słyszę. A słyszę (że jest) całkiem nieźle. Płyta jest mistrzowsko zaaranżowana. Gaba świetnie czuje swój głos - nie szarżuje, choć przy muzyce, którą pisze przeszarżować łatwo. W Lady Celeste, utworze nagranym z gościnnym udziałem Konstantego Andrzeja Kulki, udaje jej się zabrzmieć prawie że unisono ze skrzypcami. Tak naprawdę, to wszystkie piosenki zaśpiewane są z pełną świadomością tekstu, muzyki i aranżacji. Słychać to szczególnie w Challengerze (wyczucie frazy!). Zgrzyta mi tylko niebezpiecznie zbliżający się do interpretacji typowej dla Justyny Steczkowskiej Bosso. To najsłabszy numer na płycie. Ale jest jeszcze jedno "ale". Nie mogę strawić, że w tej muzyce znalazło się miejsce dla nieznośnego archaicznego brzmienia gitary. To, co słyszę w Niejasności, Over i przede wszystkim w Love Me, zabija dla mnie te utwory. Szkoda, bo nawet Czesław Mozil, udzielający się wokalnie w Aaa... i Niejasności nie drażni mnie tak, jak na swojej płycie. Schowany na drugim planie, pozbawiony zaśpiewu okazuje się mocnym punktem szczególnie Aaa... Tak, ta gitara to najmocniejszy słaby punkt albumu. Ale żeby zakończyć czymś pozytywnym: nie wiem, czy Gaba słuchała kiedyś Rainbirds, ale odnajduję w Challengerze klimat z nagrań Kathariny Franck. I to chyba dlatego uważam go za najlepszy utwór na płycie.







Tori Amos - Abnormally Attracted to Sin (2009)

Traklista:
1. Give
2. Welcome to England
3. Strong Black Vine
4. Flavor
5. Not Dying Today
6. Maybe California
7. Curtain Call
8. Fire to Your Plain
9. Police Me
10. That Guy
11. Abnormally Attracted to Sin
12. 500 Miles
13. Mary Jane
14. Starling
15. Fast Horse
16. Ophelia
17. Lady in Blue


Szkoda, że Tori Amos nie nagrała takiej płyty, jak Gaba Kulka. Mogłaby przestać być w końcu muzą wyłącznie Piotra Kaczkowskiego.

11.5.09

Twilite - Bits & Pieces (2009), czyli Okruchy recenzji

Traklista:

1. Take What You Want
2. The Messenger
3. Don't
4. Disobey
5. All You Need
6. The Brightest Light
7. How Can You Sleep
8. Faces
9. I'll Never Answer


Składniki:
2 gitary akustyczne (dobrze nastrojone)
2 głosy (dobrze współbrzmiące)
olejki aromatyczne
szczypta perkusji

Do miksera wrzucamy gitary i głosy, całość wolno mieszamy uważając, by składniki nie połączyły się w jednolitą masę. Dodajemy po odrobinie olejków aromatycznych: Nick Drake, Simon & Garfunkel, Kings of Convenience (można zastąpić The Whitest Boy Alive) i José González. Na koniec doprawiamy szczyptą perkusji.
Całość wlewamy do okrągłej formy i wkładamy do pieca na około 40 minut.


Oto garść opinii po skosztowaniu Twilite'a:

Pyszne. W sumie równo wypieczone, ale najlepiej smakuje kawałek "Disobey". Jest najbardziej aromatyczny z całej blachy.
~haszkukiz

Taki prosty przepis. Niby nic specjalnego, a wciąga. Trudno poprzestać na jednym kawałku. Ledwo zjem "Take What You Want", a już chcę "All You Need".
~nienasycona

Idealna receptura. Troszkę może brakuje tu lekkiego zakalca, bo tak mniej domowo, a bardziej fabrycznie wypieczone, ale to drobiazg. Grunt, że można się nim rozkoszować.
~szynkababunia

No patrzcie, to polski przepis? W życiu bym nie zgadł.
~ełrosceptyk


Chętni mogą już niedługo wybrać się na degustację Twilite'a:
23.05 - Poznań - Desperados Rafineria Festival
24.05 - Olsztyn - Bohema Jazz Club
26.05 - Warszawa - Jadłodajnia Filozoficzna
28.05 - Łódź - Łódź Kaliska
29.05 - Kraków - Klub Pod Jaszczurami
30.05 - Ostrzeszów - Baszta
31.05 - Wrocław - Absynt Club
02.06 - Poznań - Pod Minogą
03.06 - Toruń - Piwnica Pod Aniołem
04.06 - Bydgoszcz - Mózg
05.06 - Gdańsk - Kafe Delfin


Dla zażenowanych poziomem niniejszego wpisu na pocieszenie - piosenka.

6.5.09

St. Vincent - Actor (2009), czyli To jest mój sen

Traklista:

1. The Strangers
2. Save Me From What I Want
3. The Neighbors
4. Actor Out of Work
5. Black Rainbow
6. Laughing With a Mouth of Blood
7. Marrow
8. The Bed
9. The Party
10. Just the Same but Brand New
11. The Sequel

Z sennika:
  • Być pijanym: przeżyjesz miłe chwile, które jednak nie wniosą nic istotnego do twojego życia (też mi sensacja, nie-we-śnie jest tak samo)
  • Widzieć pijanych: rozczarowanie natury duchowej
  • Snić o pijanym: niejednokrotnie sen ostrzegawczy, sygnalizujący zakłócenia pracy mózgu
  • Upić się na balu maskowym: narażasz się na wyśmianie (jakby już sam bal maskowy nie był wystarczająco śmieszny)


St. Vincent. Kto zacz? Annie Clark. Udzielała się w The Polyphonic Spree, grała w zespole Sufjana Stevensa, dwa lata temu wydała debiutancki album Marry Me.

Nowa płyta jest jak czterdziestominutowy sen po upiciu. Niespokojny, pełen sprzeczności i chyba mało relaksujący dla śniącego. Ale z pozycji słuchacza wypełniony fajnymi popowymi melodiami, lekkim głosem i dobrym tekstem. Zaczyna się od syreniego śpiewu, który przechodzi w transowy rytm. W The Strangers jak w mantrze powtarza się tekst "Paint the black hole blacker". Ten trans utrzymuje się przez kilka następnych utworów. Od Save Me From What I Want, którego temat brzmi jak odtwarzany z katarynki, przez The Neighbors z rozstrojonymi, pijanymi instrumentami, po Actor Out of Work, który mógłby stać się hymnem PKP, gdyby kolejarze dobrze się postarali. Bo w tym ostatnim i perkusja stukocze jak koła pociągu, i wokal robi jak ciuchcia "uuuuuuu". "I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej"...



Techniczne, komputerowe "H-E-L-P" w brzmiącym jak twór robota Marrow, skontrastowane z komendami policyjnymi podanymi na orientalną nutę w The Bed najlepiej pokazują dwa światy tej płyty. Dwubiegunowa, neurotyczna - to może nie są najlepsze hasła na okładkę płyty, ale równocześnie album jest bardzo spójny. Tekstowo świetnie podsumowuje go wers najbardziej przebojowego utworu na płycie Laughing With a Mouth of Blood: "I can't see the future / But I know it's watching me".

A teraz ziewamy i dobrych snów życzę.

26.4.09

Bob Dylan - Together Through Life (2009), czyli Bob Budowniczy oddaje do użytku nowy solidny budynek

Traklista:

1. Beyond Here Lies Nothin'
2. Life Is Hard
3. My Wife's Home Town
4. If You Ever Go to Houston
5. Forgetful Heart
6. Jolene
7. This Dream of You
8. Shake Shake Mama
9. I Feel a Change Comin' On
10. It's All Good

Dwa utwory poznaliśmy już jakiś czas temu: Beyond Here Lies Nothin' i I Feel a Change Comin' On. Wybór był dobry - oddają klimat nowej płyty Dylana. Jak już pisałem, jest lirycznie. Czuć klimat winyli z lat 50-tych. Co jakiś czas Dylanowi zdarza się napisać piosenkę, która od nowości brzmi jak standard. Ostatnim razem miałem takie odczucie przy Make You Feel My Love z Time Out of Mind (1997), a tym razem jest tak z Life Is Hard. Za 10 lat sprawdzę, czy moje proroctwo jest coś warte ;) Bo Make You Feel... kowerowane było już kilkakrotnie. Od Life Is Hard zaczęła się historia nowej płyty, bo to pierwszy napisany na nią utwór. Właściwie napisany został do filmu My Own Love Song (wkrótce w kinach, reż. Oliver Dahan - ten od filmu Niczego nie żałuję o Edith Piaf, którym zachwycił się BD), ale tak pobudził Dylana, że dał mu kopa na cały album. I z jednego zrobiło się dziesięć listów miłosnych.

Sam Dylan mówi na swojej stronie tak:

"The songs on Modern Times brought my repertoire up to date, and the light was directed in a certain way. You have to have somebody in mind as an audience otherwise there’s no point. (...) There didn’t seem to be any general consensus among my listeners. Some people preferred my first period songs. Some, the second. Some, the Christian period. Some, the post Colombian. Some, the Pre-Raphaelite. Some people prefer my songs from the nineties. I see that my audience now doesn’t particular care what period the songs are from. They feel style and substance in a more visceral way and let it go at that. Images don’t hang anybody up. Like if there’s an astrologer with a criminal record in one of my songs it’s not going to make anybody wonder if the human race is doomed. Images are taken at face value and it kind of freed me up."


Potwierdza się to na koncertach. W ciągu ostatniego roku widziałem trzy i każdy był inny - i w sensie wypełnienia setlisty, i w sensie brzmienia, ale ludzie reagowali tak samo pozytywnie, bo liczyła się selekcja. Raz kluczem był blues, raz rokendrol, raz romantyka. Beyond the Horizon mocniej brzmiało w Warszawie, niż w Ostrawie. Z kolei w Berlinie usłyszałem walczyka.

Na nowej płycie kluczem jest miłość, ale jak to u Dylana - łatwa ta miłość nie jest. Raczej troszkę staromodna, taka do wyznawania przy dźwiękach mandoliny i gitary hawajskiej. Trudno się spodziewać, że Dylan nagra album, który nagle przyciągnie nowych słuchaczy, ale dobrze, że nie odstrasza tych, których już ma. Nie wiem jeszcze, czy polubię nową płytę tak bardzo, jak Modern Times, ale wiem, że nie jestem rozczarowany, tylko lekko zaczarowany.

6.4.09

Zamieszanie przy Dylanie

Coś się ostatnio monotematyczny ten blok robi... Oto ***Bob Dylan: Never Ending Story***

Podobno pierwszym singlem z nowej płyty nie będzie Beyond Here Lies Nothin', a Feel a Change Comin' On. W oczekiwaniu na potwierdzenie, zapraszam do odsłuchu. [APDEJT 20/04/2009: Potwierdzenia nie ma. Amazon wypuścił dziś wideło do Beyond Here...]

30.3.09

Romantyczny Dylan

Pierwszy singiel [EDIT: to jednak nie będzie singiel, w każdym razie nie pierwszy] (Beyond Here Lies Nothin') z nowej płyty Boba Dylana (Together Through Life) już jest. Czuć powiew starości. Już tłumaczę, o co mi chodzi:

1. Instrumenty. Perkusja, hammond, bas, gitara, trąbka i akordeon. Wszystkie w doskonałej harmonii, skromnie, bez popisów. Na gitarze gra Mike Campbell (Tom Petty and the Heartbreakers), a na akordeonie David Hidalgo (Los Lobos i współpraca z milionem Wielkich).
2. Brzmienie. Nagranie brzmi jak klasyk z lat 50-tych (XX wieku oczywiście). Sam Dylan przyznaje, że chciał odtworzyć dźwięk starych płyt Chess Records czy Sun Records.
3. Tekst. "Oh well, I love you pretty baby / You're the only love I've ever known / Just as long as you stay with me / The whole world is my throne". Piosenka miłosna. Dylan dawno tak nie pisał.

Płyta wychodzi 27 kwietnia. Czekam.
A już w środę koncert w Berlinie. Wprawdzie na koncertach na razie brak nowych utworów, ale setlisty i tak bywają zaskakujące.

27.3.09

Howling Bells - Radio Wars (2009), czyli Rzecz wcale nie o mediach publicznych

Traklista:

1. Treasure Hunt
2. Cities Burning Down
3. It Ain't You
4. Nightingale
5. Let's Be Kids
6. Ms. Bell's Song / Radio Wars Theme
7. Golden Web
8. Into the Chaos
9. Digital Hearts
10. How Long
11. To L.A.

Druga płyta Australijczyków z Wielkiej Brytanii potwierdza, że potrafią oni pisać melodie. Potwierdza też, że Juanita Stein ma charakterystyczny, dobry wokal i nie waha się go używać. Potwierdza w końcu, że grupa ma wielki komercyjny potencjał. Gdyby U2 dziś tak grali, to nie byliby chłopcami do bicia dla indie wiary.

Howling Bells

Dawno nie słyszałem tak dobrego otwarcia płyty - Treasure Hunt daje lewym sierpowym w łeb i jesteśmy zamroczeni. Trudno się ocucić, bo eteryczny Cities Burning Down cios lekko poprawia. Potem przez kilka rund możemy odpocząć (Nightingale), rozmarzyć się (Let's Be Kids), nawet przysnąć (Ms. Bell's Song), ale tylko do Golden Web - tu po serii lewy prosty + prawy sierpowy padamy na deski. Szczęśliwi (może dla kogoś słuchanie Howling Bells to guilty pleasure, ale ja tam byłem szczęśliwy).

Żadna to wielka płyta. Ale dla mnie jest to kawał dobrego grania. Grania, które podczas słuchania rysuje banana na twarzy (mimo, że melancholia bije z tej muzyki na milę).

17.3.09

Neko Case - Middle Cyclone (2009), czyli Jak ona pisze

Traklista:

1. This Tornado Loves You
2. The Next Time You Say "Forever"
3. People Got a Lotta Nerve
4. Polar Nettles
5. Vengeance Is Sleeping
6. Never Turn Your Back on Mother Earth
7. Middle Cyclone
8. Fever
9. Magpie to the Morning
10. I'm an Animal
11. Prison Girls
12. Don't Forget Me
13. The Pharaohs
14. Red Tide
15. Marais la nuit

Neko Case kroczy dobrą drogą. Trzy lata minęły od wydania Fox Confessor Brings the Flood - płyty, która może być benczmarkiem dla alt-country. Na nowym albumie - Middle Cyclone, Neko Case nagrała trudniejsze niż na poprzedniku piosenki. Trudniejsze przede wszystkim pod względem muzycznym, bo tekstowo jest słodko-krwawy constans. Do współpracy zaprosiła krewnych i znajomych królika czy też towarzystwo wzajemnej adoracji w składzie: M. Ward, wielki Garth Hudson z The Band, Sarah Harmer, członkowie The New Pornographers, Los Lobos, Calexico, The Sadies, Visqueen, Lilys oraz Giant Sand (Howe Gelb). Świetnie wypadają dwa covery - Nilssona Don't Forget Me i Sparksów Never Turn Your Back on Mother Earth (z kapitalnymi chórkami). Z dość spójnego klimatycznie zestawu utworów wybijają się Prison Girls, które mogłoby być kompozycją Badalamentiego i znaleźć się na ścieżce dźwiękowej nowego filmu Lyncha oraz zamykający album Marais la nuit (Nocny marsz) - nagranie odgłosów znad jeziora przy domu autorki. No i singlowy People Got a Lotta Nerve, ale singiel rządzi się swoimi prawami, a zgrzytu tu nie czuć.

PS1. W Stanach płyta zadebiutowała na trzecim miejscu Billboardu. W Polszcze pewnie się nie ukaże.
PS2. Fura na okładce to Mercury Cougar pierwszej generacji z roku 1968.

26.2.09

M. Ward nagrał swoją najstarszą płytę

Jak zatrzymać czas? Oto garść rad (za Poradnikiem Domowym, J. Szulc, A. Domańska, J. Futkowska):



Kuracje witaminowe.
Witaminą, która jest dla skóry najłagodniejsza, a jednocześnie skutecznie walczy z jej starzeniem, jest witamina E (tokoferol). Ma ona silne działanie przeciwutleniające, hamuje utratę wody z naskórka, chroni jego warstwę lipidową, poprawia ukrwienie skóry i przyczynia się do lepszego wykorzystania tlenu w komórkach. Dzięki temu skóra jest lepiej napięta, odżywiona, wzmocniona.

Botoks.
Jad kiełbasiany to jedna z najsilniejszych naturalnych trucizn, ale w niewielkich dawkach od lat jest stosowana w neurologii, dermatologii, medycynie estetycznej. W walce ze starzeniem się skóry toksyny botulinowej używa się do "wygładzania" zmarszczek mimicznych. Wstrzyknięta w okolicy zmarszczki blokuje przewodzenie impulsów nerwowych, które wywołują skurcze mięśni twarzy odpowiedzialnych za jej tworzenie się.

Wypełniacze zmarszczek.
Kwas hialuronowy to substancja naturalnie występująca w organizmie, nieuczulająca, obojętna dla zdrowia i dająca świetne efekty kosmetyczne. Obecnie stosowany kwas pochodzi ze specjalnych hodowli bakteryjnych i ma postać przezroczystego żelu. Efekty są naprawdę dobre.

Peelingi.
Nie chodzi tu oczywiście o zwykłe złuszczanie i mechaniczne oczyszczanie skóry gruboziarnistym kremem, tylko o peelingi chemiczne wykonywane silnie stężonymi substancjami nakładanymi ręcznie, ale także często z pomocą odpowiedniego sprzętu (np. mikrodermabrazja, ultradźwięki). Taki peeling to cała kuracja, która polega na złuszczeniu naskórka i pobudzeniu skóry do odnowy.

Fotoodmładzanie.
Naświetlanie intensywnym pulsującym światłem o niskiej gęstości energii rozgrzewa wierzchnie warstwy skóry. Dzięki temu skracają się i przebudowują włókna kolagenowe, skóra jest też pobudzana do produkcji nowych, staje się więc jędrniejsza, bardziej elastyczna.

Lifting.
Podczas zabiegu najpierw przecina się skórę wzdłuż linii włosów na skroniach, przed uchem i za uchem, potem oddziela się skórę twarzy oraz szyi od podłoża i naciąga konstrukcje podtrzymujące skórę. Ostatni etap to podciągnięcie skóry, usunięcie jej nadmiaru i zszycie. Lifting wygładza skórę szyi, policzków, skroni i okolic oczu.


W sposób bardziej poetycki próby zatrzymywania czasu podejmowali:

- artysta Mick Hucknall...




- i pieśniarka Katarzyna Kowalska.




A wszechstronnie uzdolniona Cher poszła nawet dalej, bo czas chciała cofnąć.




Jednak dopiero w lutym 2009 komuś udało się skutecznie. M. Ward na płycie Hold Time gra i śpiewa tak, jak robiło się to pół wieku temu - robi to w sposób wręcz dogmatyczny. Sięga do korzeni americany, nie przykładając jednak kalki i nie mażąc po niej ołówkiem kopiowym. Wszystkie kawałki na płycie brzmią tak, jakby od lat były ikonami amerykańskiej muzyki na kształt Born to Run czy Hotelu California. Najbardziej zaskakujące dla mnie w tej płycie jest bijące z niej ciepełko, przy którym podczas słuchania można się ogrzać. Te z pozoru zimne i smutne piosenki mają jakiś, no normalnie nie wiem, wewnętrzny żar, o!

Matt świetnie dobiera sobie towarzystwo. Na płytę zaprosił m.in. Lucindę Williams, Toma Hagermana z DeVotchKi oraz Zooey Deschanel (zaśpiewała cover Buddy'ego Holly'ego Rave On). Głupio trochę, że u nas nigdy nie było takich trubadurów. Ale cóż, każdy toczy swój głaz narzutowy...

24.2.09

Laura Marling, czyli sorka, nie umiem pływać

Lepiej późno, niż... wiadomo.

W osiemnaste urodziny panna Laura Beatrice Marling wydała swoją debiutancką płytę. Zanim to nastąpiło włóczyła się po ulicach, śpiewała po tokszołach - próbowała się jakoś przebić. Pomagał jej w tym nieco Charlie Fink (nie mylić!) - kolega ze wspólnego zespołu Noah and the Whale. I jakoś się udało. Nawet nominację do Mercury Music Prize dostała.

Z czym mamy do czynienia? Z folkiem, alternatywnym oczywiście, bo dziś prawie wszystko musi być alt. Z głosem brzmiącym dużo dojrzalej niż u przeciętnej nastolatki. Z tekstami z sensem.

Najchętniej wkleiłbym tu wszystko, co się do mnie przykleiło, ale jakaś selekcja w szanującym się lokalu musi być.

Niech najpierw poleci mój ulubiony My Manic and I




Teraz Night Terror




A na koniec cobyśta nie zasnęli (a, już śpicie) Cross Your Fingers...




Jeszcze raz: Pani nazywa się Laura Marling. Płyta ma tytuł Alas, I Cannot Swim, ukazała się rok temu i tyle czasu zajęło mi zabranie się za nią. Więc do tego odnosi się początek, że lepiej późno niż...