(Wielka epicka historyja w 3 częściach - klik by powiększyć)



Autorzy: Tomasz Niewiadomski, Tomasz Stawiszyński

Jednak dopiero w lutym 2009 komuś udało się skutecznie. M. Ward na płycie Hold Time gra i śpiewa tak, jak robiło się to pół wieku temu - robi to w sposób wręcz dogmatyczny. Sięga do korzeni americany, nie przykładając jednak kalki i nie mażąc po niej ołówkiem kopiowym. Wszystkie kawałki na płycie brzmią tak, jakby od lat były ikonami amerykańskiej muzyki na kształt Born to Run czy Hotelu California. Najbardziej zaskakujące dla mnie w tej płycie jest bijące z niej ciepełko, przy którym podczas słuchania można się ogrzać. Te z pozoru zimne i smutne piosenki mają jakiś, no normalnie nie wiem, wewnętrzny żar, o!
Lepiej późno, niż... wiadomo.
Trzecia płyta Asobi Seksu już jest. Dla tych, co myślą, że to jacyś japońscy heavy metalowcy, mam słowo wstępu. Zespół jest z Nowego Jorku, z wpływów japońskich wymienić należy wokalistkę - Yuki Chikudate oraz nazwę, którą rozkodowałem w tytule niniejszego wpisu, od ośmiu lat grają muzykę szufladkowaną głównie jako shoegaze. Choć obecnie pojęcie dream pop chyba lepiej określa ich spuściznę.
No i jest trójeczka (Hush 2009). Mniej shoegazowa, mniej japońskojęzyczna, może też trochę mniej fajna od Cytrusa. Ale dla mnie jak na razie jest to najlepszy tegoroczny album. Seksiarze piszą melancholią zapłodnione piosenki, którym daleko jednak, mimo swej pozornej prostoty, do banału. (A teraz cofnij się jedno zdanie i przeczytaj, coś napisał). Otwierający płytę utwór Layers zaczyna się zimowymi dzwoneczkami, sennym śpiewem, no normalnie pawia by można puścić. Tymczasem nic z tego, bo wyważone to, nieprzesłodzone. I tak jest do końca. Z hajlajtów wymienić należy Familiar Light, który w zakresie gapienia się w buty jest szczytowym dziełem gatunku, singlowy Me & Mary, który zapodawałem już drzewiej w Widełotece oraz zamykający leguralną wersję płyty (bo pewnie będą jeszcze jakieś bonusowe wydania) eteryczny Blind Little Rain, który rozmywa obraz jak czwarta szklaneczka rumu (zdrowie!). Fragmentów posłuchać można sobie np. na Amie Street, a już tydzień koncert w Berlinie, więc postaram się przywieźć coś więcej niż tylko fragmenty. [APDEJT: Nic nie przywiozę, bo nie pojechałem. Siła wyższa.]